Ręka do góry kto lubi peelingi??? Ja podnoszę bardzo wysoko.
Dziś napiszę kilka słów o peelingu Flos-lek z serii Slimline.
Jeśli ktoś spodziewa się mocnego zdzieraka niestety musi pominąć ten post.
Oto on w całej okazałości -a w sumie butelka z jego pozostałościami wystarczającymi na jeszcze jedno użycie.
Butelka plastikowa, półprzezroczysta - dokładnie widać ile kosmetyku pozostało. Z wykorzystaniem do końca nie ma problemu bo spokojnie możemy butle postawić na korku.
Korek standardowy. Łatwo się otwiera, nie sprawia trudności przy "dobieraniu się" do kosmetyku mokrą dłonią, ale też nie ma obaw, że otworzy się sam w kosmetyczce.
Skład. Tu jak zawsze pokażę, co jest napisane na opakowaniu, gdyż jak wiecie nie umiem "czytać" składów. Choć nie ukrywam, że to też trochę moje lenistwo - bo przecież jakbym chciała to internet pomógłby mi rozszyfrować to wszystko.
A teraz przechodzimy do "wnętrzności".
Jak już wspomniałam zdzierakiem ten peeling nie jest. Nawet bardziej określiłabym go mianem żelu peelingującego. Konsystencja skojarzyła mi się z - tu się proszę nie śmiać, ale od razu przyszedł mi na myśl nierozpuszczony cukier, taki, który czasem pozostaje w herbacie.
Kolor miętowy.
Zapach jest ziołowy, ale taki przyjemnie ziołowy. Delikatny i co najważniejsze - pozostaje dosyć długo na ciele.
Delikatnie peelinguje ciało, pieni się w znikomym stopniu.
Jest dość wydajny, choć używałam go bardziej jako żelu niż jako peelingu. Przyjemnie odświeża i oczyszcza skórę. Drobinki się rozpuszczają w zupełności, a powstała mała piana bardzo dobrze się spłukuje.
Podsumowując jest to całkiem sympatyczny kosmetyk, choć typowym peelingiem nie jest. Za to jako żel - sprawdza się idealnie.
Czy do niego wrócę? Powiem tak -jeśli kiedyś wpadnie w moje ręce -będę go używała z przyjemnością, jednak na rynku jest tyle żeli do mycia, że grzechem było by nie poznać czegoś nowego :)
Czy polecam? Tak -jak najbardziej!
Monika